Noworoczny wypad

Z nowym rokiem i długim weekendem postanowiłam wybrać się w plener. Zaplanowany i ugotowany po części wczoraj obiad, chata ogarnięta jako tako. Pogoda też sprawdzona. Więc nic nie stoi na przeszkodzie. Co prawda po ostatnich opadach śniegu miałam obawy, że gdzieś utknę, po dłuższym postoju. Już raz tak nie mogłam wyjechać, kiedy mi auto wmroziło w parking, zapadło i unieruchomiło. Teraz z tym nie było problemu. Skończył mi się za to płyn do spryskiwaczy i to jest koszmar.Dobrze, że pojechałam tylko na Iffeldorf, planowałam do Garmisch...
Niebo nie spisało się najlepiej, ale zima piękna. Brnęłam po kolana.
Światło mi nie dopisało, chyba mam do tego Iffeldorfa jakiegoś pecha.
Za to po powrocie do chaty normalny młyn. Jakieś zmęczenie mnie dopadło, mimo że nie wstałam o koszmarnej porze bo o szóstej. Ale to może dlatego, że wczoraj wstałam o piątej...? Bo czasami trzeba.
Zaczął kończyć się chleb. Więc zaczęłam na nowym przepisie, niby na drożdżach a walczę już cały dzień zobaczę co z tego wyjdzie.
Dzieciaki znudzone. Starszy bez kolegów. Musiałam się zebrać w sobie i wziąć ich na sanki. Choć tak mi się nie chciało. Ale obiad zrobiony, tylko jakieś elementy do podgrzania, więc sobie myślę, że no nie da się. Słonko ładnie świeci, trzeba iść.
Więcej tego ubierania oczywiście niż jeżdżenia. Zaraz im się znudziło to zrobiliśmy rundę spacerową.
A ja cały czas na oparach. Nie podejrzewałam, że aż tak mi to dzisiejsze ranne wstanie dokuczy.

0 komentarze:

Prześlij komentarz